Puchate ciasto z owocami

Eh. To lato było wyjątkowe i wyjątkowo szybko minęło. Używam czasu przeszłego, bo pierwsze zimniejsze dni już za nami, a dla mnie wystarczy odrobina chłodu, by zacząć sięgać po gorącą herbatę, haha. :) W ciągu tych 2-3 miesięcy zdarzyło się tyyyyle. Skończyłam studia, ile to ja się namęczyłam z psychologią to tylko ja wiem. ;) Zakończyłam poważny związek. Wróciłam do domu rodzinnego, choć twierdziłam, że nigdy, przenigdy tego nie zrobię. Mimo, że od tego wszystkiego minęły 2 miesiące, wciąż nie mogę się przyzwyczaić, zwłaszcza do miasta. W dodatku dziś się dowiedziałam, że za tydzień zaczynam pracę. Pierwszą, poważną, jakimś cudem związaną ze studiami. Wciąż nie mogę uwierzyć, że kiedy ktoś mnie pyta o zawód, to odpowiadam tak po prostu "psycholog". (; Ile to razy ostatnio usłyszałam, że w Polsce wschodniej nie ma pracy, że o pracy w zawodzie mogę zapomnieć, że przecież przyjaciółka znajomej sąsiada też próbowała i nic. Straszliwie nie lubię podcinania skrzydeł, a zwłaszcza na początku drogi czy to zawodowej czy bardziej prywatnej.

Tak sobie myślę, że w mniejszym mieście wcale nie jest trudniej, także jeśli chodzi o weganizm. Owszem, szkoda mi, że zamknięto Green Way, ale nie będę rozpaczać. Wystarczą mi bary, gdzie zawsze mogę liczyć na proste połączenie ziemniaków i surówek. O kawie na mleku roślinnym też początkowo nie marzyłam, ale wystarczyło popytać. Na początku w kawiarni Bella Vita mleko sojowe bywało, a teraz już jest w stałej ofercie. Szkoda tylko, że nadal nie widnieje w menu.

Teraz może w końcu o pichceniu. Kto nie zna puszki? :) Oj, chyba każdy zna. To portal, który początkowo mnie ratował w sytuacjach wegetariańsko-kryzysowych. Po przejściu na weganizm służy mi bardziej jako źródło inspiracji. Znalazłam tam przepis na pewne ciasto. Nie podobała mi się wielka ilość mąki i innych składników, więc zmniejszyłam porcje.



Zamieszczam ten przepis z kilku powodów. Szukałam całe lato idealnego przepisu na ciasto, a jestem bardzo wybredna. Powinno być ze składników, które zawsze mamy w domu (więc chcąc nie chcąc np. tofu i mleko koko odpada). Musi pasować do wszystkich owoców i musi być puszyste! I takie właśnie jest. Do tego proporcje zawsze będą pod ręką, kiedy będę chciała je zrobić ponownie.




Puchate (wegańskie) ciasto z owocami (źródło)

♥ 2,5 szklanki mąki
♥ 3/4 szklanki cukru
♥ 2 łyżeczki sody
♥ 1 szklanka i 2 łyżki wody gazowanej lub napoju (u mnie gazowany tymbark pomarańczowy)
♥ 6 łyżek oleju
2 łyżki octu
♥ kilka kropel aromatu waniliowego
♥ owoce: u mnie maliny i borówki z ogródka

Mieszam suche składniki. Następnie dodaję wodę gazowaną, olej, aromat. Mieszam i na sam koniec dodaję kilka kropel aromatu waniliowego. Miksuję i wylewam do foremki (u mnie o średnicy 26 cm). Następnie układam owoce na wierzchu. Niecierpliwym polecam duże owoce, np. śliwki. A tym cierpliwszym polecam maliny i borówki. Piekę ok. godziny w 180 stopniach.  



Zobacz więcej >

Idealne, proste muffinki z malinami

 

Lato spędziłam na szukaniu idealnych, prostych przepisów na ciasta owocowe. Takich, do których nie potrzebuję skomplikowanych składników. Coś, czego nie znajdziemy w sklepie osiedlowym odpada. Podaję tutaj przepis najprostszy z najprostszych na idealne, pulchne ciasto. Owoce są dodatkiem. W zimie równie dobrze możemy dać do środka kawałki gorzkiej czekolady, suszone owoce, rodzynki, orzechy, a nawet dżem. Mleko roślinne również nie jest konieczne. Możemy je zamienić na świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, napój gazowany lub nawet na wodę. Czyż nie jest to proste?



Wegańskie muffinki z malinami
♥ 2 szklanki mąki
♥ 0,5 szklanki cukru (ja zwykle daję niecałe 0,5 szkl.)
♥ czubata łyżeczka sody
♥ 1 łyżka octu jabłkowego
♥ 0,5 szklanki oleju
♥ 1 szklanka mleka roślinnego (jeśli używamy sojowego to proponuję 1:1 z wodą)
♥ kilka kropel aromatu waniliowego
♥ ok. 0,5 szklanki malin

Mieszam mąkę, cukier, sodę. Następnie dodaję ocet, olej i mleko. Mieszam wszystko razem łyżką.
Teraz mój sposób na nałożenie malin bez ich zmiażdżenia: łyżka masy + 3 maliny + kolejna łyżka masy*. Pieczę muffiny maksymalnie 20 minut w nagrzanym piekarniku w 180 stopniach.

* Oczywiście nie musi to być taka ilość masy, chodzi tu tylko o kolejność nakładania. Można także dodać od razu maliny do masy, lekko wymieszać i nakładać do foremek, ale maliny są dość ciężkie i często później mamy jedną muffinkę pełną malin, a drugą bez nich, a oprócz tego dość łatwo możemy owoce zmiażdżyć.



P.S. Jeśli chcemy wyczarować idealne muffiny z malinami w środku zimy, wystarczy tylko zamrozić maliny. Aby nie było z nich mało apetycznej papki proponuję najpierw rozłożenie malin na desce, w ten sposób włożenie ich do zamrażalnika na godzinkę. Następnie je wyjmujemy, przekładamy do pojemnika lub woreczka i w ten sposób zamrozimy maliny w pierwotnej formie. : )
Zobacz więcej >

Recenzja restauracji wegetariańskiej + weganizm na wakacjach

Powoli mija pierwszy rok mojego weganizmu. Nie wiem czy to czas na podsumowania, bo jednak na diecie wege jestem już od ponad 8 lat (może nawet 10? ciężko powiedzieć). Ach. Pamiętam jak rok temu od początku weganizmu chodził za mną twarożek i to dosłownie biegał za mną. A jednak się nie ugięłam. I mimo tego, że ostatni rok spędzałam częściej w pociągach niż we własnym domu, to też niczego nie zmieniło. Ani ogromne zmiany życiowe, a było ich ostatnio sporo. Nie zmieniła też tego przeprowadzka z Warszawy, miasta jednak niesamowicie sprzyjającego weganizmowi do Białegostoku, całkowitego przeciwieństwa, miasta skrajnie prawicowego, odrzucającego wszelkie 'inności', miasta bez miejsc sprzyjającym vege (Green Way ostatnio zamknęli, nad czym do tego stopnia ubolewałam, że aż w marzeniach zastanawiałam się nad rozkręceniem czegoś własnego). Jeszcze rok temu mieszkałam z weganinem, teraz z wegetarianką, która powolutku skłania się w stronę weganizmu. Nadal nie wyobrażam sobie mieszkania z mięsożercami, na szczęście nie muszę. Mam w końcu własny ogródek, więc za rok szykuje się sporo warzywnych dobroci. Tyle rzeczy się zmieniło w ciągu tego roku, ale wiem, że weganizm akurat jest jedyną niepodważalnie stałą rzeczą w moim życiu. I nawet jak będę mieć siedemdziesiątkę, jak będę mieć tych 7 kotów w domu i męża odludka (lub przyjaciółki stare singielki :)), jak będę mieć burzę czerwono-siwych włosów i tatuaże na całym ciele, jak będę narzekać na pogodę, rząd, wysokie ceny mleka migdałowego (no, może to się akurat zmieni), marudzić że dziś jeszcze nie ćwiczyłam jogi, to weganizm na pewno będzie ze mną. ;)

Wracam już do teraźniejszości, a raczej niedalekiej przeszłości. Byłam na wakacjach, pierwszych wegańskich. Co niby nie powinno mieć większego znaczenia, a jednak miało. Bo co może zjeść ktoś na diecie wegańskiej w nieznajomym mieście, a jeszcze lepiej w typowo turystycznej mieścince? Frytki, w porywach surówkę (o ile wszystko nie jest na majonezie, a tak bywa dość często) i placki ziemniaczane (o ile zadbamy, że kucharz nie doda jajka). U mnie było trochę inaczej:


Najpierw było Trójmiasto. Mieszkałam w Gdyni, więc miałam dostęp do kuchni. Pojawiły się obiady w niewielkiej ilości, jak na zdjęciach - ugotowany bób z ziemniaczkami z koperkiem i młoda marchewka; kotlety sojowe z sosem barbecue, podsmażony kalafior i ponownie ziemniaczki z koperkiem. Zrobiłam także twarożek z tofu (ostatnie zdjęcie po prawej) oraz wędzone tofu na kanapkach. W roli szybkiej przekąski wystąpiły paszteciki francuskie z pieczarkami i szpinakiem (zrobiłam tuż przed wyjazdem, zdjęcia brak). Byłam w całym Trójmieście, Dębkach (tu kompletny brak wyboru jeśli chodzi o jedzenie) i Szczecinie.

A co odwiedziłam?  
Bio Piekarnię "Ziarno" w Gdyni, przy ul. Świętojańskiej 95. Bagietka z siemieniem lnianym była całkiem smaczna, chleb na zakwasie także. Słodkie wypieki niestety nie były wegańskie, jedynie pierożki z warzywami wystąpiły bez nabiału. Plus za skład przy każdym produkcie (tego mi brakuje w standardowych piekarniach), wegetarianie mają tu w czym wybierać, ale weganie już niekoniecznie.
Green Way w Gdańsku, przy ul. Długiej 11. Nie ma właściwie co opowiadać, każdy GW zna. Jednak to był najgorszy GW w jakim byłam, a byłam w co najmniej pięciu w różnych miastach. W środku duszno i niezbyt czysto, dania były zimne (do tego stopnia, że to mi przeszkadzało, mimo że był upał).
Bioway w Gdańsku, Wały Jagiellońskie 34. Początkowo miałam tu zjeść, bo nigdy tu nie byłam, a Green Way jednak znam. Weszłam i wyszłam. Gdybym była wegetarianką, naprawdę miałabym w czym wybierać, a tak były może 2 dania na krzyż i to nic specjalnego. A szkoda, bo wystrój mi się podobał i mogło być naprawdę pysznie.

Dodam jeszcze, że choć nie jadłam, nad morzem spotkałam się z bobem gotowanym podawanym zamiast kukurydzy. Zawsze dla wegan to jakaś odmiana. Chciałam też spróbować wegańskich lodów z Gelati Giuseppe, ale zamknęli lokal w Sopocie, niby przenieśli się do Gdyni, ale nie sposób dostać tam lodów, chyba że o czymś nie wiem. Podobno można dostać ich lody w innych miastach, ale też zero informacji na ich stronie. Kompletna porażka.

Na koniec pojechałam do Szczecina, w sumie specjalnie na koncert jubileuszowy Hey, ale nie o tym będzie mowa. Prawdopodobnie to była jedyna okazja, by odwiedzić miasto. Byłam w jedynej knajpce, która wydała mi się sensowna.


Restauracja wegetariańska 5 smaków, ul. Śląska 9. Miejsce wydało się sympatyczne. Kelner trochę niezorientowany (nie wiedział co mają, ale wiedział czego na pewno nie mają), skrajnie nieśmiały, ale to nic. Menu prezentowało się ciekawie, były zaznaczone dania wegańskie i bezglutenowe. Niestety nie było falafeli i wszystkich dań z seitanu ze względu na opóźnioną dostawę. To mnie jednak zastanowiło, czyżby nie robili tego sami czy chodziło o półprodukty? Nie wiem. 
Zamówiłam kotlety z tofu z sosem grzybowym, kaszą, surówką (18zł) i świeżo wyciskany sok grejfrutowy z kostkami lodu (8zł). Moja mama zamówiła krem z młodym buraków (6zł), sałatkę grecką (nie wegańską oczywiście, 10zł) i świeżo wyciskany sok z marchewki i jabłka (8zł). Szkoda, że nie zrobiłam zdjęć. Może by to wam więcej powiedziało. Liczyłam na kształt kotletów, a dostałam usmażone plastry tofu w chrupkiej panierce, bardzo smaczne. Sos był do wyboru: grzybowy, indyjski, pomidorowy (wszystkie vegan). Sos grzybowy to po prostu ciemny sos pieczarkowy, nie był zły, ale świetny też nie, trochę go było mało. Do wyboru była też kasza (jaglana, gryczana, orkisz), wzięłam jaglaną. Sos i kasza kompletnie niczym nie doprawione, może ktoś tak lubi, ja nie. ;) Nie ma co jednak narzekać, bo poza tym mi smakowało. Sok grejpfrutowy idealny, zwłaszcza na upały, a marchewkowy dość standardowy. Zupa buraczkowa świetna, aż żałowałam, że nie zamówiłam. Mama mówiła, że sałatka grecka była przesmaczna i bardzo tania (a wie co mówi, bardzo często ją zamawia w restauracjach). Myślę, że warto to miejsce odwiedzić. Jakbym była jeszcze raz w Szczecinie, na pewno polowałabym tu na seitan. :) Bym się nie obraziła, jakbym miała w moim skromnym mieście taką restaurację. (;

Zobacz więcej >
Zielone Love © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka